|
środa, 13 stycznia 2010
SCENA DWUDZIESTA ÓSMA Filip puka i wchodzi do pokoju Anieli zastając dziewczynę na łóżku wpatrzoną w ścianę
Filip Anielo Twój ogień
Aniela ożywiona Znalazł się? Filip poważnie i z trudem Znalazł Poparzył małe dziecko I stogi podpalał Aniela Coś ty zrobił mały Przecież nie wiedziałeś Już tak nigdy nie będziesz Filip zasmucony tym co musi powiedzieć Anielo Już się stało Teraz trzeba go zgasić Aniela w poczuciu bezsilności i niesprawiedliwości Przecież on nie wiedział Tak nie można to zbrodnia Filip Anielo tak trzeba Aniela Nie można sądzić ognia Jak dzikiego zwierzęcia Jak lisa czy zaskrońca Filip Ani jak człowieka Aniela po dłuższej chwili wpatrywania się w ogień Filipie zgaś mój ogień niech zniknie w twych dłoniach trzepocząca korona spokojem twych powiek przez ciebie mogę być tak okradziona skoro tylko tak można skoro taki jest koniec (gaśnie światło)
SCENA DWUDZIESTA DZIEWIĄTA Filip patrzy zrezygnowanym wzrokiem na latawce szybujące same nad ogrodem. Podchodząc do zaniedbanej przyogrodowej sadzawki
Filip zwyczajnie Boże Jeśli jeszcze mam wiarę chcę być jak latawiec chcę świadczyć o tobie Staje na wodzie i zwyczajnym krokiem przechodzi na drugi brzeg. Uśmiecha się i już nieco szybciej idzie w stronę plebanii
SCENA TRZYDZIESTA Filip wchodzi pogodnie do pokoju Anieli i zastaje go całkiem pustym. Powoli uświadamia sobie co się stało. Wybiega przed plebanię i ponownie wbiega do środka. Klęka przy łóżku dziewczyny kładąc twarz ukrytą w dłoniach na materacu i płacze.
SCENA TRZYDZIESTA PIERWSZA Kardamon ciężko oddycha i zaniepokojony trzyma się za serce. Nadchodzi Filip, na widok którego chłopak stara się uspokoić oddech. Ksiądz zbyt zaaferowany by zauważyć stan przyjaciela mówi żywiołowo. Kardamon domyślając się prawdziwego powodu wzburzenia Filipa odpowiada spokojnie i cichym głosem.
Filip Kardamon Kardamon Filipie Filip Już rozumiem kartuzów Kardamon Są jak świece pod korcem Chcesz zostawić ludzi? Filip Tylko tak się można zbudzić Bo przecież śpimy Kardamon Byłeś z nią uczciwy Filip Filip wytrącony słowami przyjaciela z rozważań po chwili już spokojnie Ale czuję się winny bezsilny Teraz ślepiec z obrazu Sam prowadzić ślepych Muszę chcę to przeczekać w domu zarazy Kardamon Tam jest obłęd w powietrzu Filip Gorszy we mnie Kardamonie
Kardamon chwilę nic nie mówi, patrząc na Filpa. Kardamon A kto się będzie spóźniał na chrzciny Filip się uśmiecha I księżyc hostii Prawdziwy dotyk rozdzielał w dłonie jaśniejsze niż oczy bo ufne w twoje światło budziłeś a teraz pozwolisz zasnąć
Odprowadzę cię Filipie Filip Chcę sam przyjacielu przyjacielskie męskie objęcie Kardamon do siebie patrząc na odchodzącego Filipa Filipie niezłomny marzycielu Razem mądrzeliśmy że aż nie wiem kiedy przestaliśmy być dziećmi bo chyba przestaliśmy
Ty wiesz że nie chciałem dopuścić świata blisko Lepszy świat który zniknie gdy spuścicie mnie tam nisko Ty to zawsze wiedziałeś jakbyś czytał w myślach
Gdy wrócisz jaśniejszy powstrzymując płacz Nie odwiedzaj mnie w kamieniu Zrób to co obiecałeś jako chłopiec przy ognisku które zbudziliśmy gdy umarła ci matka
Niech nikt się nie waży choćby wyobrazić że to tam to ja w granitowym podcieniu Bo mam wiosnę za świadka że się zwinę we wspomnieniu i odrodzę się wolny jako polny bażant Tylko do mnie nie strzelajcie śmiech przez łzy
SCENA TRZYDZIESTA PIERWSZA Kardamon przychodzi do Alicji drżąc i od razu kładzie się na łóżku Alicja siada na brzegu i zaniepokojona głaszcze go po głowie
Alicja Co jest Kardamon Źle się czuję Alicja Kardamonie nie słabnij W tobie moja siła Kardamon Ja chyba nie istniałem Przecież ty mnie wymyśliłaś Chodź się przytul kochanie Alicja kładzie się przy nim i zasypia gaśnie światło
SCENA TRZYDZIESTA DRUGA Alicja budzi się leżąc na brzegu łóżka, za nią leży Kardamon. Dziewczyna boi się odwrócić, szybko wstaje wyślizgując się spod jego ręki
Alicja Późno trzeba wstawać Co zjemy na śniadanie? mam jeszcze bułeczki mogę zrobić twarożek ostatkiem sił bije się ze świadomością że Kardamon nie żyje Ta śmietana jest dobra a wychodzi najtaniej może zjedzmy na dworze wypuszcza hałaśliwie łyżeczkę Coś zrobił baranie Alicja płacze klęcząc na ziemi z twarzą opartą w dłoniach na stole. W drugiej części sceny w półmroku widać leżącego Kardamona
KONIEC
czwartek, 20 sierpnia 2009
Scena 21 (Aniela i Filip. Dziewczyna mówi głosem pełnym frustracji i lęku)
Aniela Od ciebie uwierzę że będzie lepiej Tu gdzie się kończy nasze powietrze jest światło w ucieczkę On ci pozwoli być tylko człowiekiem na Jego dłoni Nie prowadź mnie w ziemię Nie trzymaj się kościoła jak do rany przypaprany Możesz być jego głosem gdzie zechcesz mieć kobietę (podchodzi do niego i kładzie jego dłoń na swojej piersi z desperacją w oczach) Rozbierz mnie powoli Rozepnij sukienkę (po chwili krzyczy patrząc na nieruchomego Filipa) Czemu tego nie robisz (płacząc osuwa się po nogach Filipa, który opierając się o ścianę zakrywa bezsilnie oczy dłonią)
Scena 22 (Filip i Romeo siedzą w pokoju. Przez okno dobiega cicha muzyka ulicznego akordeonisty) Filip Pod wieloma względami Normalny facet Zaczął od zamiany wody w wino Romeo(przybliżając papierosa do ust) Podobał się dziewczynom? Filip Był niewyględny Romeo To też z ewangelii? Filip Nie to profetim Romeo A może był z kobietą Może nawet miał syna Filip To niewiele zmieni (Zamyśla się. Do pokoju wchodzi Kardamon, Romeo idzie do kuchni) Romeo Komuś zrobić kanapkę Filip Ja na razie dziękuję Kardamon Ja poproszę z masłem Filip(po dłuższej chwili do Kardamona) Nic już nie pasuje Miłość do miłości Jest we mnie jak choroba której nie chcę skończyć lecz całować w obłęd Chcę patrzeć w półoczy gdy się ze mną kocha I wiem że nie mogę Czuje krew jej orgazmu spływającą w jej słowach Chciałbym zgnieść się od nowa jak noworodek jak robak wśród sennych spazmów
Tam gdzie szukam Boga Jest tylko kobieta W ciszy która kiedyś była modlitwą jej stopy zamykają się na moich plecach Nie umiem wybrać Wbrew czy w imię posłuszeństwa Przegram (Wchodzi Romeo z kanapkami)
Scena 23 (Filip Stary Andrzej i Pandora na spacerze. Za nimi burzowe niebo) Andrzej Pandorciu Razem odejść I razem zapomnieć Wiem że twoje dłonie wyścielą nam koniec w szumiącej bieli Jeszcze przeciąć ślad steru że byliśmy daleko Choć staliśmy spokojnie szukając swej ścieżki w ewangelii spojrzeń Dlatego się nie boję Pandora Grzybku co za lato Ten burzowy burdon ciężki zator w błękicie Pamiętasz to miasto Tam był ten sam zapach Andrzej Siedziałaś na ławce Pandora Przyniosłeś mi ciastko za plecami wyszeptałeś „chodźmy gwiazdy nas gonią” i porwałeś w życie a ja ci się dałam Andrzej Ale trochę się bałaś Pandora Bo nie znałam cię grzybie
Patrz ktoś zgubił rękawiczkę (schyla się) Andrzej Teraz mu się nie przyda Pandora Jej to była kobieta Pewnie dzień był ciepły przykucnęła w przebiśniegach Andrzej Tak durno czas ucieka Chwilę temu była zima Księżyc lodem ciął jak brzytwa A tutaj antyk nas rozpieszcza kojąc cieniem w suchych tykwach Gdy zielone przesilenie drga w skrzydlatych pozytywkach domy rosną jak kamienie wiśnie rosną jak modlitwa (dochodzą do rzeki) Ta rzeka Wskazuje w poprzek naszej drogi Pandora(zdejmując buty) To przejdziemy przez wodę (podwijając nogawki) Jak byliśmy młodzi skakaliśmy przez płoty Andrzej I forsowaliśmy rzeki na bose nogi (wchodząc za żoną) Ale tu jest za głęboko (patrząc na drugi brzeg) Może tam się rozpoczyna czyjaś młoda ścieżka A my tu w międzybrzegach przegapiliśmy koniec Koniec naszej drogi Pandora(stojąc obok męża w rzece z podwiniętymi nogawkami trzymając buty w ręku) Więc Andrzeju udawajmy że nas razem tutaj niema tak jak razem tu jesteśmy niech zostanie tylko woda (Staruszkowie przytulają się. Gaśnie światło i po chwili zapala się oświetlając scenę bez Andrzeja i Pandory)
Scena 24 (Romeo i Kardamon idą szybkim krokiem wzdłuż wieczornej, obstawionej barowymi stolikami, brukowanej ulicy. Kardamon w pochmurnym nastroju) Kardamon (prawie do siebie) Korek wystrzelił zwyczajną anegdotkę Noc nie sięga okien Lub boi się spojrzeć Pranie nie wyschnie Powietrze jest wilgotne I oczy dziewczęce Co kroją cebulę
Na tej tarczy Saturna płyną rzeki marmuru Jak te z wierzchu na trumnach Gdzie się trzeba pokłonić Wierzę że ten pijak pokłonił się ziemi Bo wie że go wypełni I w ścierwo go stworzy Romeo Ja myślę że wielcy Umierają nieśmiertelni Kardamon Ale ja Romeo nie zdążę być wiecznym Zresztą wszystkich wielkich jedzą z jednej patelni Wolę być słowem krótkim i niedorzecznym Romeo Może maniok Kardamon Dobra Maniok Dostatecznie idiotyczne Możesz kiedyś to powiedzieć na pogrzebie Nad mym ścierwem Scena 25 (przechodząc obok plebanii podchodzą cicho do okna zwabieni kłótnią. Za ścianą widać pokój księdza w którym rozgrywa się scena) Aniela No spróbuj mnie naiwny Spróbuj zabrać w tę drogę co tu się kończy gdzieśmy zaczęli Bo końcem ją zaczął ten co dzieli To znaczy łączy Innych Filip Co masz na… Aniela (pod nosem) Gówno (głośniej) Ty nie jesteś naiwny Wolisz udawać Łatwiej Mniej boli Jesteś czysty we własnym Jezusie A w nim więcej było seksu niż w twoim świętym fiucie (pod nosem pod kwestię filipa) opromienionym bielą Filip Wyjdź Aniela Sam wyjdź Filip Wyjdź Anielo (chwilę stoi z dumnym z lekceważącym wyrazem twarzy i wychodzi)
Scena 25 (Romeo i Kardamon idą jeszcze szybciej świadomi spóźnienia jakie narosło podczas podglądanej sceny w plebani. Spotykają Alicję czekającą w umówionym miejscu) Kardamon Pech Alicjo Muszę lecieć Niech Romeo z tobą idzie Alicja Będziesz wcześnie? Kardamon Zanim przyjdziesz Alicja (uśmiechając się) W to nie wierzę Kardamon (odchodząc wciąż odwrócony do dziewczyny stojącej dziewczynę) Wyglądasz ślicznie
Scena 26
Alicja (patrząc na trzech pijanych mężczyzn, z których jeden próbuje usilnie oczarować wątłą, pospiesznie idącą blondynkę) Ach ta sina, wytarta, pijacka ulica Romeo Kardamon ją jakoś tak ładnie opisał Alicja (zaczyna naśladując Kardamona w nie karykaturalny sposób) Konstelacja latarni okien dzikich kotów Pośpiech księdza i bruku Wyboisty niepokój Bruk ciało nocy kwiaty z papieru Badani pożądliwym księżyca wzrokiem sami zaglądamy w życie parterów Nad nami kartki szybują jak dłonie Kartki to białe łodzie bez steru póki gwiazd bliskość nie zamieni ich w płomień Romeo Patrzysz jak Kardamon Umiesz go dogonić Alicja Ty też Romeo Jak mucha szybsza od dłoni Nie odpędzisz więc słuchasz jak brzęczy po nic
czwartek, 06 sierpnia 2009
przebiśniegi aleksander baszun
Scena 15 (Alicja wchodząc do pokoju budzi Kardamona. Podchodzi do chłpopaka na wyciągnięcie ręki.) Alicja Królewiczu idziemy Kardamon Zaspałem wieczorynko (patrząc na dziewczynę coraz przytomniejszym wzrokiem) Ale łowisz spojrzeniem Te oczy to żywioł (powoli prowadząc dłonie po jej udach) co aż wciąga pod sukienkę Alicja (udając że się wyrywa) Zabierz ręce Masz już prezent? (udaje powagę bezsilnie walcząc ze śmiechem podczas gdy chłopak podciąga sukienkę odsłaniając pośladki ) Całe drzwi słyszą Romeem Kardamon (wstając przysuwa dziewczynę do stołu) A cały sufit patrzy niebem Które bywa również wodą W niej dwa walenie jeden Manfred (kładzie mocno dłoń na jednym pośladku) właśnie widać go przez okno (dziewczyna odwraca głowę do okna odsłaniając zmysłową szyję do której chłopak zbliża usta) drugi… Alicja(zniecierpliwiona) Gracjan Nie ma czasu Rozmawiałam dziś z Pandorą Chce nas wcześniej Kardamon (otrzeźwiony tymi słowami) Może racja Więc tarasuj (wskazując drogę do drzwi zastawioną krzesłami i stołem) Dzikie przejście (wychodzą)
Scena 16 Brudna dziewczynka ogląda zdjęcia na starym balkonie pierwszego piętra. Po chwili wbiega do środka wołana przez matkę. Pod balkonem właśnie przechodzą Alicja i Kardamon. Na parterze niewielka kawiarnia z dwoma okrągłymi stolikami na zewnątrz. Chłopak patrzy na elegancko ubraną dziewczynę uwodzicielskim, poetyckim spojrzeniem. Kardamon (lekko i nieco teatralnie) Zapraszam na herbatę Na kwiaty Na młodość Oczarowała mnie pani urodą Alicja(ze śmiechem) Już mnie przecież uwiodłeś Kardamon Więc uwiodę ponownie Nie przez obłęd i dotyk staromodnie przez oczy Alicja(zaniepokojona) Masz zimne dłonie Kardamon Kobiece niepokoje Taki piękny dzień się kołysze przed nami Ktoś jeszcze będzie? Alicja Nie będziemy sami (patrząc w niebo prawdopodobnie na chmurę, jej twarz zwrócona jest do widowni) Tam jest Manfred Ten waleń Kardamon (z uśmiechem) Nie Gracjan? Alicja Nie to Manfred Gracjan płynie nieco dalej Za statkiem (Alicja patrzy w niebo a Kardamon na nią. Zapatrzona dziewczyna nie słyszy monologu)
Kardamon Wierne liczydło mojego losu Odmierza mi cię jeszcze Póki piasku we mnie mniej niż twego głosu co nie przejdzie przez ziemię
Twoje włosy uczestniczą w chwili powietrza Stroisz wiatr do lotu Stroisz wiatr do mostu Usta rozchylone naiwności dziecka Lecz oczy błądzą mętnością kobiety Zamyślenie to nefryt (Mówi głośniej do Alicji) Wywołam z gliny moje suche serce I złożę w krótki dotyk ziemi Jak w głąb nie dosięgną mnie Szklane deszczu ręce Udawać będę kochanek korzeni Że to tylko dal skupienia Że zasnąłem w twoich oczach Jak łagodny jastrząb A już czas utrwali to co jasne A może mój film już się prześwietlił Przez nieuwagę Lecz zanim zasnąć jeszcze czuć ciebie
Alicja Chyba nie rozumiem Kardamon To pewnie lepiej
Scena 17 (W pokoju z książkami stary Andrzej pali fajkę siedząc na fotelu. Przysłonięte zasłony. Kardamon siedzi na kanapie i patrzy na obraz wiszący na ścianie. ) Andrzej Mówiłeś jej? Kardamon Nikomu Nie było żadnych pytań Filip się domyśla Tak dziwnie po swojemu Nie ma co zawracać życia teraz życie to Alicja Andrzej Daj jej czuć że noc jest blisko Żeby mogła ci pościelić Kardamon Nie chcę by się coś zmieniło Gdybym mógł zwyczajnie zniknąć Andrzej Jesteś taki jak swój ojciec Wszystko w życiu miał za dowcip A ja z pyskiem tuż przy ziemi Kardamon Mówi że wuj jest artystą (słychać fortepian z drugiego pokoju) Andrzej Chodźmy do tych naszych kobiet Bo się świat bez nas zatoczy
Scena 18 Ballada zimowa (Pandora śpiewa Alicji, panowie stają w drzwiach i słuchają) Zaplątany w jej jasne imię Przesiedział w drewutni całą zimę Budując wskrzeszasz gwiazd
Wystrugane koła zębate Na wzór tych ogromnych co kręcą światem A w środku wiszący głaz
On zarzucał w głąb jej duszy Snów naiwność by zagłuszyć Drwiny przeznaczenia
Z gwiazdozbiorów przesiał mąkę I wygładził w białą wstążkę Aby zakryć jej spojrzenia
W nocy zlękłej jak wołanie Wyczuł moment na porwanie Z przychylnością księżyca
Wstążką zawiązał jej śpiące oczy By nie mogły zauroczyć I wiódł ją pustą ulicą
Drzwi do drewutni były otwarte Księżyc widocznie porzucił wartę Dziewczyna odkryła oczy
Nie było maszyny władnej nad nocą Był tylko głaz wiszący wysoko Lecz czym może głaz zauroczyć
Śmiech dziewczyny bezwzględny jak zima Zakończył to co się miało zaczynać Sól cisną do źrenic
Księżyc zlitował się nad błaznem Co chciał z miłości wykrzesać gwiazdę I sam go w gwiazdę zamienił
Odtąd świeci jak zimy latarnia Swym białym światłem wioskę ogarnia Wioskę co już zapomniał Lecz tylko jedne dziewczęce oczy Patrzą zawsze w ten jasny punkt nocy Bo dla nich ta gwiazda powstała
Andrzej bierze wiszącą nad fortepianem lutnię i zaczyna grać. Serce białej doliny Nie zagaszę twych ust słowami Które w listach Cię więżą podstępem Coraz dłuższy ten świat między nami Ścieżki coraz bardziej kręte
W książkach odkrywam suszone kwiaty Widzę w nich Ciebie z deszczem we włosach I wschodzących słońc stygmaty Gdy budziła nas zimna rosa
Trudno już wierzyć że znajdziemy siebie Ja zostanę tu w dolinie Ty gdzieś tam pod niebem
Nie zabrałem Cię w swoją bezsenność Nie zabrałem na drogi płaskie Nie wróciłem też w twą niecodzienność Tam gdzie góry i oczy twe jasne
Kiedy nocą patrzę w tę stronę To widzę szczyty wygasłe z półmroku A na zboczu jasne okienko A za oknem jasne twe oczy
Trudno już wierzyć że znajdziemy siebie Ja zostanę tu w dolinie Ty gdzieś tam pod niebem
Co wieczór w pamięci zacieram ślady Byś mnie nocą nie tropiła Lecz ty księżyc ślesz na zwiady W sen bezbronny jak mogiła
Wtedy chyba się widzimy Tak niepewnie i milcząco Jakby po dwóch stronach szyby Lecz płoniemy już inną nocą
Trudno…
Miałaś zapach górskiego wiatru może to wiatr miał zapach Ciebie Na przełęczy z chmur teatru I mojej dłoni wróżyłaś nam siebie
Nie żegnałaś wiedziałaś że wrócę Nie wróciłem wiem że czekałaś Rozpal ogień na naszej górze Spal mnie całego jak suchą gałąź
Żegnaj serce białej doliny Natchnione nagłym jabłoni rozkwitem Wspomnień już nie dogonimy Nie myślimy już jednym błękitem
Pandora cicho przepraszając wstaje i wychodzi próbując ukryć zmieszanie. Można się domyślać że piosenka nawiązuje do historii jej lub Andrzeja dawnej miłości. Mężczyzna kończy grać, patrzy porozumiewawczo na młodych i idzie do żoną. W drzwiach do kuchni widać Andrzeja przytulającego płaczącą Pandorę.
Scena 19 (pijany Andrzej z butelką domowego wina siedzi naprzeciwko lustra) Andrzej Zgubiłem się już wcześniej Oddaję pogodnie kolejne bastiony Myśli zdobyte po smukłych drabinach dłoni Pochodnie(patrząc na dłonie) już tracą płomień
Niedogonione (czkawka)drogi oczy Obojętność oczu choć wiem że myślały Szukając kiedyś proroczych granic (obkręcając swoje odbicie w butelce) Szklane widziadła w powłoce wina Wyciągnięta twarz od czerni do szkła jak robal w bursztynie błądziciel wgłąbżyciel Po wodzidłach wspomnień Do dna (zasypiając) Do dna Scena 20 (Pandora wraca do domu zastając męża śpiącego na fotelu. Obok na podłodze leży pies i przewrócona butelka po winie) Pandora Spotkanie u starca między zębami Klejnot wieczoru metalowy czajnik Za oknem usypia okrągła rocznica Pies jest spokojny bo starzec oddycha
wtorek, 28 lipca 2009
Scena 10 (Przy ognisku w ogrodzie Filip, Wąsik, Aniela rozmawiająca kokieteryjnie z Organistą, Kardamon i Alicja. Zalotna postawa pomocnicy nie uchodzi uwadze księdza. Dziewczyna wyczuwając zazdrość Filipa, celowo kontynuuje flirt)
Profesor Wąsik Kościół jest jeszcze gorszy niż wiara Za dużo obiecuje Za mało w nim cudu Mieliście nie chodzić w powłóczystych szatach Tylko słowo i chleb Rozdzielać ludziom Dużo się gada ale łaski niet ks. Filip Kościół to wspólnota Jeśli kochać To świadomym brudu Który narósł przez lata Nie wmawiać Że go nie ma ale wiedzieć co wzmacniać kościół trochę jak kobieta Profesor Wąsik Za to miłość jest ślepa więc walisz głową w dogmaty ks. Filip Nie wszystko w nim rozumiem Nie ze wszystkim się zgadzam Chcę ludzi gromadzić W Jego imię Profesor Wąsik To naiwne Jezus stał się wieczkiem Wielbicie sakramenty przez chrzest w bierzmowaniu Tak człowiek nieodrębnie w owieczkę przesłuchany przestaje być człowiekiem ks. Filip Niech słucha A usłyszy W wierze trzeba być dzieckiem Profesor Wąsik Mówią politycy A gdzie ziarnko gorczycy Pamiętam z komunii Jesteś sługą absurdu ks. Filip wyzywasz do kłótni ty widzisz mur a ja wiem co jest za nim wiem że jest ogród Profesor Wąsik skręcony w ogniu a może cały zasrany ks. Filip wierzysz w wiedzę stygmat myśli taka mądrość się starzeje spytaj ludzi w tą niedzielę po co przyszli Profesor Wąsik Na rozmowę? Do Jezusa nie mam wiele Lecz połowę ktoś domyślił
Facet musi mieć kobietę Wiem że ty nie jesteś Gejem Jak zamierzasz żyć bez tego I dlaczego tego nie wiem ks. Filip lekkie brzemię Profesor Wąsik Znam ten werset Ale słabe wyjaśnienie ta nauka nie jest jego ks. Filip lecz w pokorze leży siła Aniela(podchodząc z organistą udając że nie śledziła rozmowy) O czym wy tak rozmawiacie? (do organisty) Chyba trochę się upiłam Wąsik Co ksiądz chowa w gacie ks. Filip Wykształcony prostak Wąsik „Ktokolwiek powie głupcze…” Powinieneś się miarkować ks. Filip Ludzie żyli nocą Nim nie dowiedli wam słońca Aniela (z niechęcią) Filip to pochodnia co płonie darem powietrza On sięga serca gdzie pan sięga krocza zresztą szkoda rzucać perły przed wieprza Filipie Spać idę (odchodząc do idącego obok organisty) Łeb mi napieprza Wąsik(rozbawiony) Podoba mi się Dziewczyna z pazurem Będziesz idiotą jeśli za nią nie pójdziesz Bo inny fachura załata jej dziurę ks. Filip Obrażasz tę kobietę Wąsik(poważnie) Może jestem knurem A ty dzieckiem ks. Filip(odchodząc celowo w inną stronę niż Aniela) Jestem księdzem Wąsik(krzycząc za nim) Ale wciąż facetem
(do Kardamona patrzącego za Filipem) Co ty myślisz o wierze Kardamon Jestem wolnym strzelcem Kościół mnie nie chce i ja nie wołam kościoła Wąsik Dobrze że nie wołasz (po chwili) Ja też wierzę w Boga ale tego z Jana nie żyję idealnie pewnie się usmażę ale jest w tym dawny zatarg mam mu trochę za złe Kardamon Czas kończyć przedstawienie (do Alicji) Życzysz sobie ziemniaka Alicja (patrząc z niesmakiem na Wąsika) Wyrzuć je z ogniska wszystko rzuca się w ziemię
Scena11 Filip niespokojnie wchodzi do pokoju licząc, że znajdzie tam Anielę nie zastawszy dziewczyny w łóżku. W jego głowie wzmaga poczucie chemicznej bezsilności i strachu. Miękki snop światła ledwie zarysowuje postać śpiącej na fotelu kobiety. Filipa dostrzega ją i już spokojniej klęka przy śpiącej na jedno kolano pragnąc przenieść dziewczynę do łóżka. Światło obejmuje ich, a wąski snop pada na stopę Anieli, z której podczas unoszenia zsuwa się but ujawniając jej naturalistyczną nagość i czyniąc tę jedyną odsłoniętą część ciała najintymniejszym atrybutem kobiecości. Filip opuszcza delikatnie dziewczynę na fotel. Niecierpliwie choć ostrożnie przygląda się stopie świadomy bezkarności tej nieskrywanej fascynacji. Patrzy w twarz śpiącej po czym ponownie oddaje się obserwacji nagości z wrażeniem jakby dopuszczał się najwstydliwszej ze znanych uległości. Klęka i obejmuje stopę jak sakrament następnie przytula do niej twarz i zamyka oczy przesuwając wolno policzek po jej skórze. Gaśnie światło.
Scena12 Aniela budzi się rano widząc śpiącego na podłodze Filipa przytulonego do jej łydki. Jej twarz rozświetla uśmiech szczęśliwej kobiety. Przechyla luźno głowę na bok i patrząc na mężczyznę wsuwa palce w jego bujne włosy. Po dłuższej chwili wstaje tak by go nie obudzić i wybiega lekko z pokoju.
Scena13 Filip wstaje i długo walczy ze sobą żeby wyjść z pokoju, jak chłopiec przyłapany wieczorem na masturbacji przed wizją rodzinnego śniadania. Wychodzi z zamiarem wytłumaczenia się dziewczynie. W kuchni zastaje płaczącą Anielę. ks. Filip(niepewnie) Co się stało Aniela Płomyk uciekł Nie domknęłam naczynia ks. Filip Zaraz go znajdziemy Aniela Szukam od godziny Okno było otwarte Co jeśli nie wróci ks. Filip Jutro będzie z powrotem Dziś nie będzie deszczu Do jutra nie zgaśnie To samo było z kotem Aniela A ja wiem że się nie znajdzie (przytula się do Filipa jak kobieta do ukochanego mężczyzny) Filip kładzie dłoń na jej ramieniu i całuje jej włosy.
Scena 14 (W jasnej, skromnej kuchni na drewnianym stole śpiący Kardamon opiera głowę owiniętą w ramionach. Obok jabłko, nóż i obierki. Słychać muchę. Za ścianą kuchni elegancko ubrana Alicja wchodzi do domu . W hallu stoi nieogolony Romeo w nie dopiętej koszuli i tygodniowych spodniach. Romeo Cześć Alice Alicja Jest Kardamon? Romeo Śpi na stole Niewyspany Ja tak samo To co zapalisz? Alicja Już nie palę Romeo Wiem Podziwiam Też się w końcu odzwyczaję Lecz powoli Alicja Brak ci Ewy Romeo Eee (zaciąga się) Silnej woli I motywu Jakiś zapał we mnie wzbiera Lecz jak w kiblu Bez odpływu Alicja Ale Wąsik se pozwala Romeo Już wspominał I o Pigmeju Alicja Filip to oddzielna sprawa Romeo Że podobno coś z Anielą Alicja Ta Aniela też kokieta W takim go układzie stawia Romeo Pigmej wie co to kobieta I coś ją wyjątkowo lubi A w niej wyczuwa się namiętność Alicja Co się zamknie gorzką płętą Romeo Byle nie na oczach ludzi Alicja Byle nie na oczach ludzi
środa, 15 lipca 2009
przebiśniegi scena9 aleksander baszun
Scena 9 (Pyłki) (Kardamon siedzi na pojemniku na śmieci mówiąc do siebie ospałym głosem. Świt) Spłoszyłyście gwiazdy Ranne ptaszydła Noc zwija skrzydła przy tej samej latarni Słoje powietrza na świecącej bańce zwiastują burzę nieruchomą jak granit
No i dokąd uciekasz żabo wstydliwa Jesteś paskudna Nie zamierzam cię odczyniać
(widać nadchodzącego Filipa jedzącego jabłko) matko w co on się ubrał? (krzyczy głośniej niż potrzeba) Filipie Filip Cicho Kardamon Pobudka Filip Cicho (podchodzi jedząc jabłko) Zobacz ta droga Ma poczciwy pysk Kardamon Gdzie drugie oko Filip Wdłubane do środka Kardamon Wyglądasz licho W coś ty się wcielił Filip Dziś po cywilu Kardamon Jak paśgąska sierotka (błyskawica) Filip O Widziałeś błysk? Kardamon Błysk prawowietrzny (w tle tych słów rozlega się grzmot) Filip Jutrznia hucznia Kardamon tu nas raczej nie wyśledzi (Filip siada na ziemi, a Kardamon patrząc w latarnię zaczyna karykaturalnym inwokacyjnym tonem) Rzęsy światła monarchowie nie wierzcie w nieomylność zegara Punktualność zawodów Zawody wspomnień W modułach myśli Odosobniej Żyje oko niemodularne Ono patrzy najczystszym błaznem siejąc zamęt i bezkrólewie Filip Rozumiesz co mówisz? Kardamon Wiem w który obłęd mierzę Teraz ty Filip Wiatr uwiera w szyby
Wiatr uwiera w szyby Skrzypienie ponagleń podłogi gdzie ostatni talent pod deską na trumnę Wolne kroki znaczyły rok aż do zimy Tak cię wyjmą z pierzyny i okryją suknem Wywabisz przebiśniegi bielą w bielmie roku Doczesny posąg Niech rąk zaprzęgi wyniosą cię wysoko Po najbielszy błękit
Nie koście trawy tam gdzie rosną słońca Nie koście trawy tam gdzie rosną dachy
Jak zwyczajnie naplątani na codzienny orszak próbujemy biegać szybciej niż drzewa Dojdziemy zawsze do początku To pętla Więc znajdujmy swe dłonie i dogmaty oczu zapalając się od siebie Nim ustanie tętno powiek Kardamon Aleś smuta zapuścił zbierajmy pyłki bo się robi jasno Filip Bo odmarzną nam tyłki (wstają i zaczynają zbierać) Kardamon W nas płynie krew w nich powietrze Po co spadają bezbronne i ślepe na drogę Skoro tam są bezpieczne
Im więcej w nas ziemi tym więcej dźwigamy Teraz dopóki lato wie lepiej ja chyba nie chcę wiedzieć dalej Chcę być jak latawiec Filip(w na wskroś nie melancholijnym nastroju) A jesteś jak kamień
Pamiętasz jak kiedyś rozciąłeś łokieć i pod żadnym pozorem zabroniłeś mi mówić Wszyscy na targu gonili cię wzrokiem bo nie mogłeś ukryć plamy na koszuli Kardamon Ty wszystko wygadałeś Filip Wszyscy wiedzieli Kardamon (wskakuje na murek) te bazaruchy z niedzieli potem się przebrałem Filip Mój ojciec nie znosił jak łaziłeś po murze Kardamon Jestem murołazem
Mur ma swoją opowieść Wodospady zieleni spadające ku górze żyły twarzy kamieni ciepłych jak człowiek I ten antyczny niepokój ogrodowych bogów Niewinność szukająca ujścia w namiętności Jeszcze nie miłość lecz jasność jej twarzy czyni cię jednego snu kochankiem Siedząc na murze błądzisz w kobiecości Mężczyzna pragnie wytrwałością jak strażnik Filip A kobieta pragnie najczystszym tańcem Kardamon(bardziej prozaicznie) Ty ze mną łaziłeś Jak oberwałeś od ojca co chcieliśmy się dostać na strych w domu zarazy przez niedomknięte okna z muru po linie Filip Te same w których dziadek widział ich twarze Szedłem wczoraj tamtędy wszystko zarosło Kardamon A dziadkowe legendy wieją dawną grozą A gdybyśmy wtedy mieli drabinę
Tu mnie kiedyś znalazła Filip Alicja? Kardamon Zapomniała kluczy Chodziła za księżycem W oczach była naga Gasiła za sobą ulicę w zapach Dotknęła ostrza księżyca aż się kołysał na nitce krew spłynęła po palcach
Może ją wcześniej widziałem lecz nie błądziłem w jej oczach Zmrużona głębina niebezpiecznie spokojna Demony niosły na rogach bursztynu Jej spokój Niebo fioletowe Pod bielą jej ciała Zbrodniczy owoc Sok płyną po nogach Głaskałem jej szyję Drżała Ten Soczysty zapach na moich wargach Sakrament słonej kropli potu Dotykałem jej ust by być pewnym Filip Że to prawda? Kardamon Miała znamię na ramieniu i zwyczajny stanik Przekłute uszy bez kolczyków
Poznaliśmy się na styku Granic W spojrzeniu I nie rozstaniemy Do ostatniej tratwy Przychodzącej przez zenit
A ty Filipie? (zaczyna padać) Mojżesz też miał żonę Filip(uciekając pod drzewo z Kardamonem) Ja wybrałem inną drogę na swe życie Choć się boję że los jeszcze ze mnie zakpi zostawiając w mojej talii karty kobiet
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Scena 6 Pierwsze kazanie ks. Filipa ks. Filip Wasze twarze jak dotyk Jestem tym co (tu) zostawiłem więc nie patrzcie na to (wskazuje koloratkę) lecz w oczy patrzcie tęskniły Boże jak się cieszę że mnie tu z powrotem sprawiłeś Więc odwlekaj chwilę gdy zabierzesz Od czternastu miesięcy jestem z wami Bez odwagi by wziąć kielich i prowadzić przez niedzielę
(naturalnie bez wzniosłości) Będę mówił o Jezusie Jego głos się nie starzeje Bo Kościół z Niego a nie On z Kościoła Łatwo ulec pokusie aby zasiać swoje słowa Swoją pustkę W Jego głębię Trudno ugiąć się tak nisko by zobaczyć gdzie Duch Święty A gdzie tylko białe gołębie
Człowiek jest tak ślepy że z bożego prawa może Boga skazać Na śmierć Za bluźnierstwo Wymierzanie kary to nie nasze zwycięstwo lecz słabość
Nie bójmy się piekła Nie będzie potępiony kogo ty nie potępiasz Nie błagajmy lecz wierzmy Nie uczmy Boga dobroci Dawajmy świadectwa Dowody wiary miłości a rozdawanie świętości i kary Zostawmy Jemu
Chełpimy się tym że przyjmujemy go z chlebem jakbyśmy chodzili pod rękę z niebem a my mamy być słudzy mamy nieść Jego światło Świecić nie walczyć Bo wiara to mało by czuć się lepszymi
Ostatni pierwszymi
Nie przychodźmy tu po światło W was jest światło Które tylko budujmy żyjąc Jego prawdą życiem mówmy o Nim Jezus ganił strach bo wiara to brak strachu więc się nie bójmy
Nasz krzyż to za kościołem przyznać się do Niego Niech On będzie naszym domem Ostatnią wieczerzą zawsze gdy z bliskimi siadamy do stołu Tak Go wspominajmy bo On jest między nami A jego ojciec tam w górze Słyszy głos nasz z dołu Nawet milcząc z wiarą będziesz wysłuchany
Grzeszymy rozciągając przepaść a On czeka wiary w miłosierdzie więc chciejmy klękać Zawsze jesteśmy godni modlitwy nie modląc się za siebie ale za innych Niech się kilku zbierze w jego imię Wybierzcie intencji wspólną godzinę Połączcie się w modlitwie nie w jednej sali ale w jednym duchu w duchowej rodzinie A on będzie z wami i dostąpicie cudu
Uwierzmy że cuda mogą codzienne To zależy od naszej zuchwałości w wierze
Scena 7 (Filip Kardamon po mszy)
Filip Kardamonie miodopiju Kardamon Filipie pigmeju Ja się nie przyzwyczaję do Filipa w sukience Filip Moje solo przyjacielu Kardamon Już nie na cztery ręce Myślałem że zostaniesz Filip A tu krok do tyłu Kardamon Za to znów na jednej grzędzie jak za starych dobrych Filip Podłych Kardamon Podle jeszcze będzie
Filip Podobno twoja matka W noc kupały latała Kardamon Nie to świetlik którym czuła przez chwilę noc ich przypisała lecz szybko się spłoszył Filip To wszystko przez jej świętojańskie oczy A twój ojciec wciąż odsiaduje w bieli? Kardamon Jeszcze triumfuje nad szpitalnym bezsensem Wiesz tam nawet drzewa obłażą z tynku Paznokcie o kafelki wyczekany deser Wkładani jeden w drugi bo tak oszczędnie I ten bezlitosny zakaz wysiłku A ojciec w suficie coraz głębiej Ja go nie sięgam już u sufitu Filip Wyjdzie z tego Kardamon Oby Filip Modlę się za niego (patrząc w górę) Zobacz lada dzień się pyłki posypią Kardamon Kiedyś żeśmy zbierali Ślepe pyłki z drogi Nim wszyscy przyjdą By ich nie zdeptali Filip To były czasy Po drabinie do księżyca Kardamon Bośmy się nie bali Pytać Samych siebie O to co książka Tłumaczyła pewniej Filip Świata nic nie tłumaczy Wiedza to szaleniec Naiwnie pewny w sens swoich batalii Lecz nigdy nie wiadomo która gwiazda spadnie a z gwiazd i ludzi nic nie zostaje Kardamon Gdy zgaśnie lampka mojej gwiazdy To rano by nikt nie zauważył Filip W nas będą długo jeszcze świeciły Twe oczy gdy zasną w twojej twarzy Kardamon Moje oczy to tylko szyby Tym więcej odbijają Im ciemniej za nimi A teraz jest ciemno (rozpraszając zadumę) Pozbierajmy te pyłki Bo je ktoś rozdepcze Bezradne i ślepe Pozbierasz je ze mną? Filip W noc gdy spadną o świcie Kardamon W nonsensownym duecie Fantasta i marzyciel Filip Co głupieją z wiekiem
Scena 8 (Aniela entuzjastycznie nieco kokieteryjno- dziecinnie, Filip sceptycznie nieco zaniepokojony) ks. Filip Karmiłaś już swój ogień? Aniela Spokojnie nie zgaśnie ks. Filip Nie zamknęłaś naczynia kiedyś ucieknie Aniela On jest zbyt nieśmiały ks. Filip Ostatnio świeci jaśniej Aniela(z rozbrajającym uśmiechem) Wygląda coraz piękniej ks. Filip Ja widziałem jak skacze Aniela Chce się bawić jest mały Pamiętasz jak w zimę Wypuściłam go na dłonie Już był wtedy oswojony Poskakał tylko chwilę sam wrócił do naczynia ks. Filip (z udawanym wyrzutem) Przysmażył mi sutannę Aniela (z udawaną naiwnością jakby nie usłyszała) Roztapiał szron na szybach ks. Filip(naturalnie) Może go weźmiesz dzisiaj na spacer Aniela A pójdziesz z nami czarnosukny? ks. Filip A pójdę piegonosa (po chwili w charakterze żartobliwego przekomarzania się) Nie wolałaś chomika Aniela Jesteś okrutny Po prostu go nie lubisz ks. Filip Ma zbyt piekielną postać Bym mógł mu zaufać Aniela(do ognia w naczyniu) Mały nie słuchaj ksiądz jest głupi (śmieją się)
wtorek, 09 czerwca 2009
Przebiśniegi aleksander baszun Scena5
Scena 5
Kardamon Alicjo ten dom Niedowcielania Deski i lustra potrafią utrwalić Nasłuchuj w odbiciach jak cichy głos zwierzęcia By ocalić Co pamięta zuchwałość dziecka gdy się wspina na komin Drabiną sięgającą od dachu do skroni po łamliwych lękach
A bieg szybszy niż samolot Tym dumniejszy że uzbrojony w patyk Krew na dłoni Bolesny zastrzyk Pocałunek w czoło Niezawodnie zwycięska walka z drzewem I zakola obiadów
Światło dzienne powracalnie zmienne Trzy tylko schody wyróżnione południem I ciepłe uszy kota Nasłuch W bezsenne studnie I cichy grzebień
Egipt na pianinie Ten obraz sprawiedliwy Zatracił swą winę Chwilę zbrodni kultu słońc mydlanych
Ciepła ziemia święta ziemia Lato spełnione jak rewanż Lato stemplujące nogi Lato zstępujące w wieczornych cieniach przez witraż drzew Przez koronę roku przeciągnięty jest bujny sen i żagle na sznurach Mokre bose ślady schodami na górę i ręczniki nad mityczną rzeką wywabioną przez muchy z szuwarów Póki zegar wolniejszy niż krew Nie ucieka w jesień Co rozumie już starość
Tam gdzieś uroczyste kamienne wieże I wiele sułtańskie czapy Turbany A tu drzewo i chłopiec na sterze Płynie szumnie przez nieba traw dywany w dalekoleśną żeglugę Aż złoży liście by nie porwała ich jesień A na dole rynna i kochane psie łapy
piątek, 22 maja 2009
Przebiśniegi aleksander baszun AktI sceny 3i4
Scena3 Aniela Ksiądz w wannie w sutannie? ksiądz Filip Nie wyjdę tak przed Boga Aniela To nieumiarkowanie i księdza słaba głowa ks. Filip Z butelki się lało jak z naszego dachu a pan Wąski Wąsik udrażniał strumienie Potem skóra chodnika była taka ciepła bo ja bardziej niż ona byłem kamieniem I ty Anielo wyszłaś jasna po mnie przez rozejm gwiazd- mój nuncjusz burzy Przyniosłaś mi kwiat współczujące dłonie by upaćkać go resztkami mnie w kałuży Aniela Wiem jak Wąsik potrafi księdza sponiewierać Zawsze wychodzę księdzu na przeciw ks. Filip Będziesz Anielo wymarzoną żoną i cudowną matką dla swoich dzieci Aniela Ja jestem wiatrem co szumi w wielu drzewach Jak wybiorę jedno to po prostu zgasnę w bezdechu tak wielkiego jak nudnego nieba w którym życie osiada w Dobre i Jasne ks. Filip Ty jesteś wiatrem? Nie ty kochasz pracę w świątyni wieczornej twojego ogrodu Ofiarowujesz ziemi słońca nagich kolan ocierając z oczu pot i piasek aż twój cień za płotem dosięgnie grobów Aniela Wieczorem ogród inaczej pachnie Ślepy całkiem na pół go rozkrecił Może jestem ziemią ale w głębi też wiatrem A propos balon szybuje nad płotem ks. Filip Ja nad dachem parafii widuję latawce lecz smutniejsze niż dawniej bo same bez dzieci i dzieci też ostatnio chodzą samotnie
Scena 4 Romeo Mam konferansjerkę na przeglądzie bajek Kardamon Romeo druhu ty szalona głowo wiedziałem że umiesz wywalczyć swe solo Romeo Za mało jest we mnie za dużo udaję Kardamon Ty "izraelita w którym nie ma fałszu"? Romeo Nie jestem żydem (po chwili) Chciałbym być tobą może bym wtedy tyle nie napsuł Kardamon Z twoim pochodzeniem byłbym chasydem i nosił pejsy chmurne jak profetim chciałbym być semitą i paść prastary smutek Romeo I chodzić do kobiety z obranym fiutem
piątek, 15 maja 2009
Przebiśniegi
aleksander baszun
Akt1 scena1i2
Scena 1 Kardamon Wiedziałem że cię spotkam wieczór pachniał Tobą Tafla nocy faluje tak spokojną wodą że gdy spojrzysz w górę... Alicja(patrząc w górę) Widzę ciebie na schodach i mnie z zadartą głową Scena2 Stary Andrzej(przy biurku) Tusz rozlewa się na papier gdy odwracasz swoje myśli (podnosząc wzrok na żonę) Czas z kredensu wyjąć tacę ugościmy swe demony Stara Pandora(wyciągając wino i kieliszki z kredensu) Zdrowie tych które nie przyszły Stary Andrzej Niech im wino mąci trasę Stara Pandora(podnosząc kielich z winem) Niech im wino plącze domy (siada do fortepianu gra fałszywe akordy) Grzybku palce mam jak łuski Mogę tylko się rozczesać człowiek starością sam się obraża dla tego wszystkiego powinien zaniechać Stary Andrzej(gładząc ręką po fortepianie) Stary jest jak zabór pruski Dorciu rusałko oddaj go młodym Stara Pandora Rozsiejcie też wszystkie moje ubrania a mnie Marzannę do zimnej wody Stary Andrzej(gładząc Pandorę po głowie) Dorciu czas powoli na nas Stara Pandora(patrząc na zepsuty zegar) Grzybku gdy jeszcze nie byłam stara Myślałam że czas płynie tak złudnie i zatacza wciąż to samo południe jawną pętlą wskazówek zegara Aż on stanął a ja płynę dalej (po chwili patrząc na pozytywkę) Jak baletnica na lusterku co nigdy nie wyszła na wielką salę Naiwna dziewczynka aż do śmierci aż zamkną mnie już na zawsze w pudełku i nikt sprężyny nie nakręci
środa, 13 maja 2009
|
|