RSS
środa, 13 stycznia 2010

SCENA DWUDZIESTA ÓSMA

Filip puka i wchodzi do pokoju Anieli zastając dziewczynę na łóżku wpatrzoną w ścianę

Filip

Anielo

Twój ogień

Aniela

ożywiona

Znalazł się?

Filip

poważnie i z trudem

Znalazł

Poparzył małe dziecko

I stogi podpalał

Aniela

Coś ty zrobił mały

Przecież nie wiedziałeś

Już tak nigdy nie będziesz

Filip

zasmucony tym co musi powiedzieć

Anielo

Już się stało

Teraz trzeba go zgasić

Aniela

w poczuciu bezsilności i niesprawiedliwości

Przecież on nie wiedział

Tak nie można to zbrodnia

Filip

Anielo tak trzeba

Aniela

Nie można sądzić ognia

Jak dzikiego zwierzęcia

Jak lisa czy zaskrońca

Filip

Ani jak człowieka

Aniela

po dłuższej chwili wpatrywania się w ogień

Filipie

zgaś mój ogień

niech zniknie w twych dłoniach

trzepocząca korona

spokojem twych powiek

przez ciebie mogę

być tak okradziona

skoro tylko tak można

skoro taki jest koniec

(gaśnie światło)

SCENA DWUDZIESTA DZIEWIĄTA

Filip patrzy zrezygnowanym wzrokiem na latawce szybujące same nad ogrodem. Podchodząc do zaniedbanej przyogrodowej sadzawki

Filip

zwyczajnie

Boże

Jeśli jeszcze mam wiarę

chcę być jak latawiec

chcę świadczyć o tobie

Staje na wodzie i zwyczajnym krokiem przechodzi na drugi brzeg. Uśmiecha się i już nieco szybciej idzie w stronę plebanii

SCENA TRZYDZIESTA

Filip wchodzi pogodnie do pokoju Anieli i zastaje go całkiem pustym. Powoli uświadamia sobie co się stało. Wybiega przed plebanię i ponownie wbiega do środka. Klęka przy łóżku dziewczyny kładąc twarz ukrytą w dłoniach na materacu i płacze.

 

 

 

 

 

 

 

 

SCENA TRZYDZIESTA PIERWSZA

Kardamon ciężko oddycha i zaniepokojony trzyma się za serce. Nadchodzi Filip, na widok którego chłopak stara się uspokoić oddech. Ksiądz zbyt zaaferowany by zauważyć stan przyjaciela mówi żywiołowo. Kardamon domyślając się prawdziwego powodu wzburzenia Filipa odpowiada spokojnie i cichym głosem.

Filip

Kardamon

Kardamon

Filipie

Filip

Już rozumiem kartuzów

Kardamon

Są jak świece pod korcem

Chcesz zostawić ludzi?

Filip

Tylko tak się można zbudzić

Bo przecież śpimy

Kardamon

Byłeś z nią uczciwy

Filip

Filip wytrącony słowami przyjaciela z rozważań po chwili już spokojnie

Ale czuję się winny

bezsilny

Teraz ślepiec z obrazu

Sam prowadzić ślepych

Muszę chcę to przeczekać

w domu zarazy

Kardamon

Tam jest obłęd w powietrzu

Filip

Gorszy we mnie

Kardamonie

Kardamon chwilę nic nie mówi, patrząc na Filpa.

Kardamon

A kto się będzie spóźniał na chrzciny

Filip się uśmiecha

I księżyc hostii

Prawdziwy dotyk

rozdzielał w dłonie

jaśniejsze niż oczy

bo ufne w twoje światło

budziłeś

a teraz

pozwolisz zasnąć

 

Odprowadzę cię Filipie

Filip

Chcę sam przyjacielu

przyjacielskie męskie objęcie

Kardamon

do siebie patrząc na odchodzącego Filipa

Filipie

niezłomny marzycielu

Razem mądrzeliśmy

że aż nie wiem kiedy

przestaliśmy być dziećmi

bo chyba przestaliśmy

 

Ty wiesz że nie chciałem

dopuścić świata blisko

Lepszy świat który zniknie

gdy spuścicie mnie tam nisko

Ty to zawsze wiedziałeś

jakbyś czytał w myślach

 

 

 

Gdy wrócisz jaśniejszy

powstrzymując płacz

Nie odwiedzaj mnie w kamieniu

Zrób to co obiecałeś

jako chłopiec przy ognisku

które zbudziliśmy

gdy umarła ci matka

 

Niech nikt się nie waży

choćby wyobrazić

że to tam to ja

w granitowym podcieniu

Bo mam wiosnę za świadka

że się zwinę we wspomnieniu

i odrodzę się wolny

jako polny bażant

Tylko do mnie nie strzelajcie

śmiech przez łzy

SCENA TRZYDZIESTA PIERWSZA

Kardamon przychodzi do Alicji drżąc i od razu kładzie się na łóżku Alicja siada na brzegu i zaniepokojona głaszcze go po głowie

Alicja

Co jest

Kardamon

Źle się czuję

Alicja

Kardamonie nie słabnij

W tobie moja siła

Kardamon

Ja chyba nie istniałem

Przecież ty mnie wymyśliłaś

Chodź się przytul kochanie

Alicja kładzie się przy nim i zasypia gaśnie światło

 

SCENA TRZYDZIESTA DRUGA

Alicja budzi się leżąc na brzegu łóżka, za nią leży Kardamon. Dziewczyna boi się odwrócić, szybko wstaje wyślizgując się spod jego ręki

Alicja

Późno trzeba wstawać

Co zjemy na śniadanie?

mam jeszcze bułeczki

mogę zrobić twarożek

ostatkiem sił bije się ze świadomością że Kardamon nie żyje

Ta śmietana jest dobra

a wychodzi najtaniej

może zjedzmy na dworze

wypuszcza hałaśliwie łyżeczkę

Coś zrobił

baranie

Alicja płacze klęcząc na ziemi z twarzą opartą w dłoniach na stole. W drugiej części sceny w półmroku widać leżącego Kardamona

 

 

 

 

KONIEC

22:50, aleksnderbaszun
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 sierpnia 2009

Scena 21

(Aniela i Filip. Dziewczyna mówi głosem pełnym frustracji i lęku)

Aniela

Od ciebie uwierzę

że będzie lepiej

Tu gdzie się kończy

nasze powietrze

jest światło w ucieczkę

On ci pozwoli

być tylko człowiekiem

na Jego dłoni

Nie prowadź mnie w ziemię

Nie trzymaj się kościoła

jak do rany przypaprany

Możesz być jego głosem

gdzie zechcesz

mieć kobietę

(podchodzi do niego i kładzie jego dłoń na swojej piersi z desperacją w oczach)

Rozbierz mnie

powoli

Rozepnij sukienkę

(po chwili krzyczy patrząc na nieruchomego Filipa)

Czemu tego nie robisz

(płacząc osuwa się po nogach Filipa, który opierając się o ścianę zakrywa bezsilnie oczy dłonią)

 

Scena 22

(Filip i Romeo siedzą w pokoju. Przez okno dobiega cicha muzyka ulicznego akordeonisty)

Filip

Pod wieloma względami

Normalny facet

Zaczął od zamiany wody w wino

Romeo(przybliżając papierosa do ust)

Podobał się dziewczynom?

Filip

Był niewyględny

Romeo

To też z ewangelii?

Filip

Nie to profetim

Romeo

A może był z kobietą

Może nawet miał syna

Filip

To niewiele zmieni

(Zamyśla się. Do pokoju wchodzi Kardamon, Romeo idzie do kuchni)

Romeo

Komuś zrobić kanapkę

Filip

Ja na razie dziękuję

Kardamon

Ja poproszę z masłem

Filip(po dłuższej chwili do Kardamona)

Nic już nie pasuje

Miłość do miłości

Jest we mnie jak choroba

której nie chcę skończyć

lecz całować

w obłęd

Chcę patrzeć w półoczy

gdy się ze mną kocha

I wiem że nie mogę

Czuje krew jej orgazmu

spływającą w jej słowach

Chciałbym zgnieść się od nowa

jak noworodek jak robak

wśród sennych spazmów

 

Tam gdzie szukam

Boga

Jest tylko kobieta

W ciszy która kiedyś była modlitwą

jej stopy zamykają się na moich plecach

Nie umiem wybrać

Wbrew czy w imię posłuszeństwa

Przegram

(Wchodzi Romeo z kanapkami)

Scena 23

(Filip Stary Andrzej i Pandora na spacerze. Za nimi burzowe niebo)

Andrzej

Pandorciu

Razem odejść

I razem zapomnieć

Wiem że twoje dłonie

wyścielą nam koniec w szumiącej bieli

Jeszcze przeciąć ślad steru

że byliśmy daleko

Choć staliśmy spokojnie

szukając swej ścieżki w ewangelii spojrzeń

Dlatego się nie boję

Pandora

Grzybku co za lato

Ten burzowy burdon

ciężki zator w błękicie

Pamiętasz to miasto

Tam był ten sam zapach

Andrzej

Siedziałaś na ławce

Pandora

Przyniosłeś mi ciastko

za plecami wyszeptałeś

„chodźmy gwiazdy nas gonią”

i porwałeś w życie

a ja ci się dałam

Andrzej

Ale trochę się bałaś

Pandora

Bo nie znałam cię grzybie

 

Patrz ktoś zgubił rękawiczkę

(schyla się)

Andrzej

Teraz mu się nie przyda

Pandora

Jej

to była kobieta

Pewnie dzień był ciepły

przykucnęła w przebiśniegach

Andrzej

Tak durno czas ucieka

Chwilę temu była zima

Księżyc lodem ciął jak brzytwa

A tutaj antyk nas rozpieszcza

kojąc cieniem w suchych tykwach

Gdy zielone przesilenie

drga w skrzydlatych pozytywkach

domy rosną jak kamienie

wiśnie rosną jak modlitwa

(dochodzą do rzeki)

Ta rzeka

Wskazuje w poprzek naszej drogi

Pandora(zdejmując buty)

To przejdziemy przez wodę

(podwijając nogawki)

Jak byliśmy młodzi skakaliśmy przez płoty

Andrzej

I forsowaliśmy rzeki na bose nogi

(wchodząc za żoną)

Ale tu jest za głęboko

(patrząc na drugi brzeg)

Może tam się rozpoczyna

czyjaś młoda ścieżka

A my tu w międzybrzegach

przegapiliśmy koniec

Koniec naszej drogi

Pandora(stojąc obok męża w rzece z podwiniętymi nogawkami trzymając buty w ręku)

Więc Andrzeju udawajmy

że nas razem tutaj niema

tak jak razem tu jesteśmy

niech zostanie tylko woda

(Staruszkowie przytulają się. Gaśnie światło i po chwili zapala się oświetlając scenę bez Andrzeja i Pandory)

 

Scena 24

(Romeo i Kardamon idą szybkim krokiem wzdłuż wieczornej, obstawionej barowymi stolikami, brukowanej ulicy. Kardamon w pochmurnym nastroju)

Kardamon (prawie do siebie)

Korek wystrzelił zwyczajną anegdotkę

Noc nie sięga okien

Lub boi się spojrzeć

Pranie nie wyschnie

Powietrze jest wilgotne

I oczy dziewczęce

Co kroją cebulę

 

Na tej tarczy Saturna płyną rzeki marmuru

Jak te z wierzchu na trumnach

Gdzie się trzeba pokłonić

Wierzę że ten pijak pokłonił się ziemi

Bo wie że go wypełni

I w ścierwo go stworzy

Romeo

Ja myślę że wielcy

Umierają nieśmiertelni

Kardamon

Ale ja Romeo nie zdążę być wiecznym

Zresztą wszystkich wielkich jedzą z jednej patelni

Wolę być słowem krótkim

i niedorzecznym

Romeo

Może maniok

Kardamon

Dobra

Maniok

Dostatecznie idiotyczne

Możesz kiedyś to powiedzieć na pogrzebie

Nad mym ścierwem

Scena 25

(przechodząc obok plebanii podchodzą cicho do okna zwabieni kłótnią. Za ścianą widać pokój księdza w którym rozgrywa się scena)

Aniela

No spróbuj mnie naiwny

Spróbuj zabrać w tę drogę

co tu się kończy

gdzieśmy zaczęli

Bo końcem ją zaczął  ten

co dzieli

To znaczy łączy

Innych

Filip

Co masz na…

Aniela

(pod nosem)

Gówno

(głośniej)

Ty nie jesteś naiwny

Wolisz udawać

Łatwiej

Mniej boli

Jesteś czysty

we własnym Jezusie

A w nim więcej było seksu

niż w twoim świętym fiucie

(pod nosem pod kwestię filipa)

opromienionym bielą

Filip

Wyjdź

Aniela

Sam wyjdź

Filip

Wyjdź Anielo

(chwilę stoi z dumnym z lekceważącym wyrazem twarzy i wychodzi)

Scena 25

(Romeo i Kardamon idą jeszcze szybciej świadomi spóźnienia jakie narosło podczas podglądanej sceny w plebani. Spotykają Alicję czekającą w umówionym miejscu)

Kardamon

Pech Alicjo

Muszę lecieć

Niech Romeo z tobą idzie

Alicja

Będziesz wcześnie?

Kardamon

Zanim przyjdziesz

Alicja (uśmiechając się)

W to nie wierzę

Kardamon (odchodząc wciąż odwrócony do dziewczyny stojącej dziewczynę)

Wyglądasz ślicznie

 

Scena 26

 

Alicja (patrząc na trzech pijanych mężczyzn, z których jeden próbuje usilnie oczarować wątłą, pospiesznie idącą blondynkę)

Ach ta sina, wytarta, pijacka ulica

Romeo

Kardamon ją jakoś tak ładnie opisał

Alicja (zaczyna naśladując  Kardamona w nie karykaturalny sposób)

Konstelacja latarni okien dzikich kotów

Pośpiech księdza i bruku

Wyboisty niepokój

Bruk ciało nocy kwiaty z papieru

Badani pożądliwym księżyca wzrokiem

sami zaglądamy w życie parterów

Nad nami kartki szybują jak dłonie

Kartki to białe łodzie bez steru

póki gwiazd bliskość nie zamieni ich w płomień

Romeo

Patrzysz jak Kardamon

Umiesz go dogonić

Alicja

Ty też

Romeo

Jak mucha

szybsza od dłoni

Nie odpędzisz więc słuchasz

jak brzęczy po nic

 

 

14:43, aleksnderbaszun
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 sierpnia 2009
przebiśniegi aleksander baszun

Scena 15

(Alicja wchodząc do pokoju budzi Kardamona. Podchodzi do chłpopaka na wyciągnięcie ręki.)

Alicja

Królewiczu idziemy

Kardamon

Zaspałem wieczorynko

(patrząc na dziewczynę coraz przytomniejszym wzrokiem)

Ale łowisz spojrzeniem

Te oczy to żywioł

(powoli prowadząc dłonie po jej udach)

co aż wciąga pod sukienkę

Alicja

(udając że się wyrywa)

Zabierz ręce

Masz już prezent?

(udaje powagę bezsilnie walcząc ze śmiechem podczas gdy chłopak podciąga sukienkę odsłaniając pośladki )

Całe drzwi słyszą Romeem

Kardamon (wstając przysuwa dziewczynę do stołu)

A cały sufit patrzy niebem

Które bywa również wodą

W niej dwa walenie

jeden Manfred (kładzie mocno dłoń na jednym pośladku)

właśnie widać go przez okno

(dziewczyna odwraca głowę do okna odsłaniając zmysłową szyję do której chłopak zbliża usta)

drugi…

Alicja(zniecierpliwiona)

Gracjan

Nie ma czasu

Rozmawiałam dziś z Pandorą

Chce nas wcześniej

Kardamon

(otrzeźwiony tymi słowami)

Może racja

Więc tarasuj

(wskazując drogę do drzwi zastawioną krzesłami i stołem)

Dzikie przejście

(wychodzą)

Scena 16

Brudna dziewczynka ogląda zdjęcia na starym balkonie pierwszego piętra. Po chwili wbiega do środka wołana przez matkę. Pod balkonem właśnie przechodzą Alicja i Kardamon. Na parterze niewielka kawiarnia z dwoma okrągłymi stolikami na zewnątrz.  Chłopak patrzy na elegancko ubraną dziewczynę uwodzicielskim, poetyckim spojrzeniem.

Kardamon (lekko i nieco teatralnie)

Zapraszam na herbatę

Na kwiaty

Na młodość

Oczarowała mnie pani urodą

Alicja(ze śmiechem)

Już mnie przecież uwiodłeś

Kardamon

Więc uwiodę ponownie

Nie przez obłęd i dotyk

staromodnie

przez oczy

Alicja(zaniepokojona)

Masz zimne dłonie

Kardamon

Kobiece niepokoje

Taki piękny dzień

się kołysze

przed nami

Ktoś jeszcze będzie?

Alicja

Nie

będziemy sami

(patrząc w niebo prawdopodobnie na chmurę, jej twarz zwrócona jest do widowni)

Tam jest Manfred

Ten waleń

Kardamon (z uśmiechem)

Nie Gracjan?

Alicja

Nie to Manfred

Gracjan płynie nieco dalej

Za statkiem

(Alicja patrzy w niebo a Kardamon na nią. Zapatrzona dziewczyna nie słyszy monologu)

Kardamon

Wierne liczydło mojego losu

Odmierza mi cię jeszcze

Póki piasku we mnie

mniej niż twego głosu

co nie przejdzie przez ziemię

 

Twoje włosy uczestniczą w chwili powietrza

Stroisz wiatr do lotu

Stroisz wiatr do mostu

Usta rozchylone naiwności dziecka

Lecz oczy błądzą mętnością kobiety

Zamyślenie to nefryt

(Mówi głośniej do Alicji)

Wywołam z gliny moje suche serce

I złożę w krótki dotyk ziemi

Jak w głąb nie dosięgną mnie

Szklane deszczu ręce

Udawać będę kochanek korzeni

Że to tylko dal skupienia

Że zasnąłem w twoich oczach

Jak łagodny jastrząb

A już czas utrwali to co jasne

A może mój film już się prześwietlił

Przez nieuwagę

Lecz zanim zasnąć

jeszcze czuć ciebie

 

Alicja

Chyba nie rozumiem

Kardamon

To pewnie lepiej

 

Scena 17

(W pokoju z książkami stary Andrzej pali fajkę siedząc  na fotelu. Przysłonięte zasłony. Kardamon siedzi na kanapie i patrzy na obraz wiszący na ścianie. )

Andrzej

Mówiłeś jej?

Kardamon

Nikomu

Nie było żadnych pytań

Filip się domyśla

Tak dziwnie

po swojemu

Nie ma co zawracać życia

teraz życie to Alicja

Andrzej

Daj jej czuć że noc jest blisko

Żeby mogła ci pościelić

Kardamon

Nie chcę by się coś zmieniło

Gdybym mógł zwyczajnie zniknąć

Andrzej

Jesteś taki jak swój ojciec

Wszystko w życiu miał za dowcip

A ja

z pyskiem tuż przy ziemi

Kardamon

Mówi że wuj jest artystą

(słychać fortepian z drugiego pokoju)

Andrzej

Chodźmy do tych naszych kobiet

Bo się świat bez nas zatoczy

 

Scena 18 Ballada zimowa

(Pandora śpiewa Alicji, panowie stają w drzwiach i słuchają)

Zaplątany w jej jasne imię

Przesiedział w drewutni całą zimę

Budując wskrzeszasz gwiazd

 

Wystrugane koła zębate

Na wzór tych ogromnych co kręcą światem

A w środku wiszący głaz

 

On zarzucał w głąb jej duszy

Snów naiwność by zagłuszyć

Drwiny przeznaczenia

 

Z gwiazdozbiorów przesiał mąkę

I wygładził w białą wstążkę

Aby zakryć jej spojrzenia

 

W nocy zlękłej jak wołanie

Wyczuł moment na porwanie

Z przychylnością księżyca

 

Wstążką zawiązał jej śpiące oczy

By nie mogły zauroczyć

I wiódł ją pustą ulicą

 

Drzwi do drewutni były otwarte

Księżyc widocznie porzucił wartę

Dziewczyna odkryła oczy

 

Nie było maszyny władnej nad nocą

Był tylko głaz wiszący wysoko

Lecz czym może głaz zauroczyć

 

Śmiech dziewczyny bezwzględny jak zima

Zakończył to co się miało zaczynać

Sól cisną do źrenic

 

Księżyc zlitował się nad błaznem

Co chciał z miłości wykrzesać gwiazdę

I sam go w gwiazdę zamienił

 

Odtąd świeci jak zimy latarnia

Swym białym światłem wioskę ogarnia

Wioskę co już zapomniał

Lecz tylko jedne dziewczęce oczy

Patrzą zawsze w ten jasny punkt nocy

Bo dla nich ta gwiazda powstała

 

Andrzej bierze wiszącą nad fortepianem lutnię i zaczyna grać.

Serce białej doliny

Nie zagaszę twych ust słowami

Które w listach Cię więżą podstępem

Coraz dłuższy ten świat między nami

Ścieżki coraz bardziej kręte

 

W książkach odkrywam suszone kwiaty

Widzę w nich Ciebie z deszczem we włosach

I wschodzących słońc stygmaty

Gdy budziła nas zimna rosa

 

Trudno już wierzyć że znajdziemy siebie

Ja zostanę tu w dolinie Ty gdzieś tam pod niebem

 

Nie zabrałem Cię w swoją bezsenność

Nie zabrałem na drogi płaskie

Nie wróciłem też w twą niecodzienność

Tam gdzie góry i oczy twe jasne

 

Kiedy nocą patrzę w tę stronę

To widzę szczyty wygasłe z półmroku

A na zboczu jasne okienko

A za oknem jasne twe oczy

 

Trudno już wierzyć że znajdziemy siebie

Ja zostanę tu w dolinie Ty gdzieś tam pod niebem

 

Co wieczór w pamięci zacieram ślady

Byś mnie nocą nie tropiła

Lecz ty księżyc ślesz na zwiady

W sen bezbronny jak mogiła

 

Wtedy chyba się widzimy

Tak niepewnie i milcząco

Jakby po dwóch stronach szyby

Lecz płoniemy już inną nocą

 

Trudno…

 

Miałaś zapach górskiego wiatru

może to wiatr miał zapach Ciebie

Na przełęczy z chmur teatru

I mojej dłoni wróżyłaś nam siebie

 

Nie żegnałaś wiedziałaś że wrócę

Nie wróciłem wiem że czekałaś

Rozpal ogień na naszej górze

Spal mnie całego jak suchą gałąź

 

Żegnaj serce białej doliny

Natchnione nagłym jabłoni rozkwitem

Wspomnień już nie dogonimy

Nie myślimy już jednym błękitem

Pandora cicho przepraszając wstaje i wychodzi próbując ukryć zmieszanie. Można się domyślać że piosenka nawiązuje do historii jej lub Andrzeja dawnej miłości. Mężczyzna kończy grać, patrzy porozumiewawczo na młodych  i  idzie do żoną. W drzwiach do kuchni widać Andrzeja przytulającego płaczącą Pandorę.

 

Scena 19

(pijany Andrzej z butelką domowego wina siedzi naprzeciwko lustra)

Andrzej

Zgubiłem się już wcześniej

Oddaję pogodnie kolejne bastiony

Myśli zdobyte po smukłych drabinach

dłoni

Pochodnie(patrząc na dłonie)

już tracą płomień

 

Niedogonione (czkawka)drogi oczy

Obojętność oczu choć wiem że myślały

Szukając kiedyś proroczych granic

(obkręcając swoje odbicie w butelce)

Szklane widziadła

w powłoce wina

Wyciągnięta twarz

od czerni do szkła

jak robal w bursztynie

błądziciel wgłąbżyciel

Po wodzidłach wspomnień

Do dna

(zasypiając)

Do dna

Scena 20

(Pandora wraca do domu zastając męża śpiącego na fotelu. Obok na podłodze leży pies i przewrócona butelka po winie)

Pandora

Spotkanie u starca między zębami

Klejnot wieczoru metalowy czajnik

Za oknem usypia okrągła rocznica

Pies jest spokojny bo starzec oddycha

23:58, aleksnderbaszun
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 lipca 2009

Scena 10

(Przy ognisku w ogrodzie Filip, Wąsik, Aniela rozmawiająca kokieteryjnie z Organistą, Kardamon i Alicja. Zalotna postawa pomocnicy nie uchodzi uwadze księdza. Dziewczyna wyczuwając zazdrość Filipa, celowo kontynuuje flirt)

Profesor Wąsik

Kościół jest jeszcze gorszy niż wiara

Za dużo obiecuje

Za mało w nim cudu

Mieliście nie chodzić w powłóczystych szatach

Tylko słowo i chleb

Rozdzielać ludziom

Dużo się gada

ale łaski niet

ks. Filip

Kościół to wspólnota

Jeśli kochać

To świadomym brudu

Który narósł przez lata

Nie wmawiać

Że go nie ma

ale wiedzieć co wzmacniać

kościół trochę jak kobieta

Profesor Wąsik

Za to miłość jest ślepa

więc walisz głową w dogmaty

ks. Filip

Nie wszystko w nim rozumiem

Nie ze wszystkim się zgadzam

Chcę ludzi gromadzić

W Jego imię

Profesor Wąsik

To naiwne

Jezus stał się wieczkiem

Wielbicie sakramenty

przez chrzest

w bierzmowaniu

Tak człowiek nieodrębnie

w owieczkę

przesłuchany

przestaje być człowiekiem

ks. Filip

Niech słucha

A usłyszy

W wierze trzeba być dzieckiem

Profesor Wąsik

Mówią politycy

A gdzie ziarnko gorczycy

Pamiętam z komunii

Jesteś sługą absurdu

ks. Filip

wyzywasz do kłótni

ty widzisz mur

a ja wiem co jest za nim

wiem że jest ogród

Profesor Wąsik

skręcony w ogniu

a może cały zasrany

ks. Filip

wierzysz w wiedzę

stygmat myśli

taka mądrość się starzeje

spytaj ludzi w tą niedzielę

po co przyszli

Profesor Wąsik

Na rozmowę?

Do Jezusa nie mam wiele

Lecz połowę

ktoś domyślił

 

Facet musi mieć kobietę

Wiem że ty nie jesteś

Gejem

Jak zamierzasz żyć bez tego

I dlaczego

tego nie wiem

ks. Filip

lekkie brzemię

Profesor Wąsik

Znam ten werset

Ale słabe wyjaśnienie

ta nauka nie jest jego

ks. Filip

lecz w pokorze leży siła

Aniela(podchodząc z organistą udając że nie śledziła rozmowy)

O czym wy tak rozmawiacie?

(do organisty)

Chyba trochę się upiłam

Wąsik

Co ksiądz

chowa w gacie

ks. Filip

Wykształcony prostak

Wąsik

„Ktokolwiek powie głupcze…”

Powinieneś się miarkować

ks. Filip

Ludzie żyli nocą

Nim nie dowiedli wam słońca

Aniela (z niechęcią)

Filip

to pochodnia

co płonie darem powietrza

On sięga serca

gdzie pan sięga krocza

zresztą szkoda rzucać

perły

przed wieprza

Filipie

Spać idę

(odchodząc do idącego obok organisty)

Łeb mi napieprza

Wąsik(rozbawiony)

Podoba mi się

Dziewczyna z pazurem

Będziesz idiotą jeśli za nią nie pójdziesz

Bo inny fachura załata jej dziurę

ks. Filip

Obrażasz tę kobietę

Wąsik(poważnie)

Może jestem knurem

A ty dzieckiem

ks. Filip(odchodząc celowo w inną stronę niż Aniela)

Jestem księdzem

Wąsik(krzycząc za nim)

Ale wciąż facetem

 

(do Kardamona patrzącego za Filipem)

Co ty myślisz o wierze

Kardamon

Jestem wolnym strzelcem

Kościół mnie nie chce

i ja nie wołam kościoła

Wąsik

Dobrze że nie wołasz

(po chwili)

Ja też wierzę w Boga

ale tego z Jana

nie żyję idealnie

pewnie się usmażę

ale jest w tym dawny zatarg

mam mu trochę za złe

Kardamon

Czas kończyć przedstawienie

(do Alicji)

Życzysz sobie  ziemniaka

Alicja (patrząc z niesmakiem na Wąsika)

Wyrzuć je z ogniska

wszystko rzuca się w ziemię

 

Scena11

Filip niespokojnie wchodzi do pokoju licząc, że znajdzie tam Anielę nie zastawszy dziewczyny w łóżku. W jego głowie wzmaga poczucie chemicznej bezsilności i strachu. Miękki snop światła ledwie zarysowuje postać śpiącej na fotelu kobiety. Filipa dostrzega ją i już spokojniej klęka przy śpiącej na jedno kolano pragnąc przenieść dziewczynę do łóżka. Światło obejmuje ich, a wąski snop pada na stopę Anieli, z której podczas unoszenia zsuwa się but ujawniając jej naturalistyczną nagość i czyniąc tę jedyną odsłoniętą część ciała najintymniejszym atrybutem kobiecości.

Filip opuszcza delikatnie dziewczynę na fotel. Niecierpliwie choć ostrożnie przygląda się stopie świadomy bezkarności tej nieskrywanej fascynacji. Patrzy w twarz śpiącej po czym ponownie oddaje się obserwacji nagości z wrażeniem  jakby dopuszczał się najwstydliwszej ze znanych uległości. Klęka i obejmuje stopę jak sakrament następnie przytula do niej twarz i zamyka oczy przesuwając wolno policzek po jej skórze. Gaśnie światło.

Scena12

Aniela budzi się rano widząc śpiącego na podłodze Filipa przytulonego do jej łydki. Jej twarz rozświetla uśmiech szczęśliwej kobiety. Przechyla luźno głowę na bok i patrząc na mężczyznę wsuwa palce w jego bujne włosy. Po dłuższej chwili wstaje tak by go nie obudzić i wybiega lekko z pokoju.

Scena13

Filip wstaje i długo walczy ze sobą żeby wyjść z pokoju, jak chłopiec przyłapany wieczorem na masturbacji przed wizją rodzinnego śniadania.

Wychodzi z zamiarem wytłumaczenia się dziewczynie. W kuchni zastaje płaczącą Anielę.

ks. Filip(niepewnie)

Co się stało

Aniela

Płomyk uciekł

Nie domknęłam naczynia

ks. Filip

Zaraz go znajdziemy

Aniela

Szukam od godziny

Okno było otwarte

Co jeśli nie wróci

ks. Filip

Jutro będzie z powrotem

Dziś nie będzie deszczu

Do jutra nie zgaśnie

To samo było z kotem

Aniela

A ja wiem że się nie znajdzie

(przytula się do Filipa jak kobieta do ukochanego mężczyzny)

Filip kładzie dłoń na jej ramieniu i całuje jej włosy.

 

Scena 14

(W jasnej, skromnej kuchni na drewnianym stole śpiący Kardamon opiera głowę owiniętą w ramionach. Obok jabłko, nóż i obierki. Słychać muchę. Za ścianą kuchni elegancko ubrana Alicja wchodzi do domu . W hallu stoi nieogolony Romeo w nie dopiętej koszuli i tygodniowych spodniach.

Romeo

Cześć Alice

Alicja

Jest Kardamon?

Romeo

Śpi na stole

Niewyspany

Ja tak samo

To co

zapalisz?

Alicja

Już nie palę

Romeo

Wiem

Podziwiam

Też się w końcu odzwyczaję

Lecz powoli

Alicja

Brak ci Ewy

Romeo

Eee

(zaciąga się)

Silnej woli

I motywu

Jakiś zapał we mnie wzbiera

Lecz jak w kiblu

Bez odpływu

Alicja

Ale Wąsik se pozwala

Romeo

Już wspominał

I o Pigmeju

Alicja

Filip to oddzielna sprawa

Romeo

Że podobno coś z Anielą

Alicja

Ta Aniela też kokieta

W takim go układzie stawia

Romeo

Pigmej wie co to kobieta

I coś ją wyjątkowo lubi

A w niej wyczuwa się namiętność

Alicja

Co się zamknie gorzką płętą

Romeo

Byle nie na oczach ludzi

Alicja

Byle nie na oczach ludzi

22:24, aleksnderbaszun
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lipca 2009
przebiśniegi scena9 aleksander baszun

Scena 9 (Pyłki)

(Kardamon siedzi na pojemniku na śmieci mówiąc do siebie ospałym głosem. Świt)

Spłoszyłyście gwiazdy

Ranne ptaszydła

Noc zwija skrzydła

przy tej samej latarni

Słoje powietrza na świecącej bańce

zwiastują burzę nieruchomą jak granit

 

No i dokąd uciekasz żabo wstydliwa

Jesteś paskudna

Nie zamierzam cię odczyniać

(widać nadchodzącego Filipa jedzącego jabłko)

matko w co on się ubrał?

(krzyczy głośniej niż potrzeba)

Filipie

Filip

Cicho

Kardamon

Pobudka

Filip

Cicho

(podchodzi jedząc jabłko)

Zobacz ta droga

Ma poczciwy pysk

Kardamon

Gdzie drugie oko

Filip

Wdłubane do środka

Kardamon

Wyglądasz licho

W coś ty się wcielił

Filip

Dziś po cywilu

Kardamon

Jak paśgąska sierotka

(błyskawica)

Filip

O

Widziałeś błysk?

Kardamon

Błysk prawowietrzny

(w tle tych słów rozlega się grzmot)

Filip

Jutrznia hucznia

Kardamon

tu nas raczej nie wyśledzi

(Filip siada na ziemi, a Kardamon patrząc w latarnię zaczyna karykaturalnym inwokacyjnym tonem)

Rzęsy światła monarchowie

nie wierzcie w nieomylność zegara

Punktualność zawodów

Zawody wspomnień

W modułach myśli

Odosobniej

Żyje oko niemodularne

Ono patrzy najczystszym błaznem

siejąc zamęt

i bezkrólewie

Filip

Rozumiesz co mówisz?

Kardamon

Wiem w który obłęd mierzę

Teraz ty

Filip

Wiatr uwiera w szyby

 

Wiatr uwiera w szyby

Skrzypienie ponagleń

podłogi

gdzie ostatni talent

pod deską

na trumnę

Wolne kroki znaczyły

rok aż do zimy

Tak cię wyjmą z pierzyny

i okryją suknem

Wywabisz przebiśniegi

bielą w bielmie roku

Doczesny posąg

Niech rąk zaprzęgi

wyniosą cię wysoko

Po najbielszy błękit

 

Nie koście trawy

tam gdzie rosną słońca

Nie koście trawy

tam gdzie rosną dachy

 

Jak zwyczajnie naplątani

na codzienny orszak

próbujemy biegać

szybciej niż drzewa

Dojdziemy zawsze do początku

To pętla

Więc znajdujmy swe dłonie

i dogmaty oczu

zapalając się od siebie

Nim ustanie tętno powiek

Kardamon

Aleś smuta zapuścił

zbierajmy pyłki

bo się robi jasno

Filip

Bo odmarzną nam tyłki

(wstają i zaczynają zbierać)

Kardamon

W nas płynie krew

w nich powietrze

Po co spadają bezbronne i ślepe

na drogę

Skoro tam są bezpieczne

 

Im więcej w nas ziemi

tym więcej dźwigamy

Teraz dopóki lato wie lepiej

ja chyba nie chcę

wiedzieć dalej

Chcę być jak latawiec

Filip(w na wskroś nie melancholijnym nastroju)

A jesteś jak kamień

 

Pamiętasz jak kiedyś rozciąłeś łokieć

i pod żadnym pozorem zabroniłeś mi mówić

Wszyscy na targu gonili cię wzrokiem

bo nie mogłeś ukryć

plamy na koszuli

Kardamon

Ty wszystko wygadałeś

Filip

Wszyscy wiedzieli

Kardamon (wskakuje na murek)

te bazaruchy z niedzieli

potem się przebrałem

Filip

Mój ojciec nie znosił

jak łaziłeś po murze

Kardamon

Jestem murołazem

 

Mur ma swoją opowieść

Wodospady zieleni spadające ku górze

żyły twarzy kamieni ciepłych jak człowiek

I ten antyczny niepokój

ogrodowych bogów

Niewinność szukająca ujścia w namiętności

Jeszcze nie miłość

lecz jasność jej twarzy

czyni cię jednego snu kochankiem

Siedząc na murze błądzisz w kobiecości

Mężczyzna pragnie

wytrwałością

jak strażnik

Filip

A kobieta pragnie najczystszym tańcem

Kardamon(bardziej prozaicznie)

Ty ze mną łaziłeś

Jak oberwałeś od ojca

co chcieliśmy się dostać

na strych w domu zarazy

przez niedomknięte okna

z muru po linie

Filip

Te same w których dziadek

widział ich twarze

Szedłem wczoraj tamtędy

wszystko zarosło

Kardamon

A dziadkowe legendy

wieją dawną grozą

A gdybyśmy wtedy

mieli drabinę

 

Tu mnie kiedyś znalazła

Filip

Alicja?

Kardamon

Zapomniała kluczy

Chodziła za księżycem

W oczach była naga

Gasiła za sobą ulicę

w zapach

Dotknęła ostrza księżyca

aż się kołysał

na nitce

krew spłynęła po palcach

 

Może ją wcześniej widziałem

lecz nie błądziłem w jej oczach

Zmrużona głębina

niebezpiecznie spokojna

Demony niosły na rogach bursztynu

Jej spokój

Niebo fioletowe Pod bielą jej ciała

Zbrodniczy owoc

Sok płyną po nogach

Głaskałem jej szyję

Drżała

Ten Soczysty zapach na moich wargach

Sakrament słonej kropli potu

Dotykałem jej ust

by być pewnym

Filip

Że to prawda?

Kardamon

Miała znamię na ramieniu

i zwyczajny stanik

Przekłute uszy bez kolczyków

 

Poznaliśmy się na styku

Granic

W spojrzeniu

I nie rozstaniemy

Do ostatniej tratwy

Przychodzącej przez zenit

 

A ty Filipie?

(zaczyna padać)

Mojżesz też miał żonę

Filip(uciekając pod drzewo z Kardamonem)

Ja wybrałem inną drogę

na swe życie

Choć się boję

że los jeszcze ze mnie zakpi

zostawiając w mojej talii

karty kobiet

13:43, aleksnderbaszun
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Scena 6

Pierwsze kazanie ks. Filipa

ks. Filip

Wasze twarze jak dotyk

Jestem tym co (tu) zostawiłem

więc nie patrzcie na to (wskazuje koloratkę)

lecz w oczy

patrzcie

tęskniły

Boże jak się cieszę

że mnie tu z powrotem

sprawiłeś

Więc odwlekaj chwilę

gdy zabierzesz

Od czternastu miesięcy jestem z wami

Bez odwagi

by wziąć kielich i prowadzić

przez niedzielę

 

(naturalnie bez wzniosłości)

Będę mówił o Jezusie

Jego głos się nie starzeje

Bo Kościół z Niego

a nie On z Kościoła

Łatwo ulec pokusie

aby zasiać swoje słowa

Swoją pustkę

W Jego głębię

Trudno ugiąć się tak nisko

by zobaczyć gdzie Duch Święty

A gdzie tylko

białe gołębie

 

Człowiek jest tak ślepy

że z bożego prawa

może Boga skazać

Na śmierć

Za bluźnierstwo

Wymierzanie kary

to nie nasze zwycięstwo

lecz słabość

 

Nie bójmy się piekła

Nie będzie potępiony

kogo ty nie potępiasz

Nie błagajmy lecz wierzmy

Nie uczmy Boga dobroci

Dawajmy świadectwa

Dowody wiary

miłości

a rozdawanie świętości i kary

Zostawmy Jemu

 

Chełpimy się tym

że przyjmujemy go z chlebem

jakbyśmy chodzili pod rękę z niebem

a my mamy być słudzy

mamy nieść Jego światło

Świecić nie walczyć

Bo wiara to mało

by czuć się lepszymi

 

Ostatni pierwszymi

 

Nie przychodźmy tu po światło

W was jest światło

Które tylko budujmy

żyjąc Jego prawdą

życiem mówmy

o Nim

Jezus ganił strach

bo wiara to brak strachu

więc się nie bójmy

 

Nasz krzyż to za kościołem

przyznać się do Niego

Niech On będzie naszym domem

Ostatnią wieczerzą

zawsze gdy z bliskimi siadamy do stołu

Tak Go wspominajmy

bo On jest między nami

A jego ojciec tam w górze

Słyszy głos nasz z dołu

Nawet milcząc z wiarą

będziesz wysłuchany

 

Grzeszymy

rozciągając przepaść

a On czeka

wiary w miłosierdzie

więc chciejmy klękać

Zawsze jesteśmy godni modlitwy

nie modląc się za siebie

ale za innych

Niech się kilku zbierze w jego imię

Wybierzcie intencji wspólną godzinę

Połączcie się w modlitwie

nie w jednej sali

ale w jednym duchu

w duchowej rodzinie

A on będzie z wami

i dostąpicie cudu

 

Uwierzmy że cuda mogą codzienne

To zależy od naszej zuchwałości w wierze

 

Scena 7 (Filip Kardamon po mszy)

Filip

Kardamonie miodopiju

Kardamon

Filipie pigmeju

Ja się nie przyzwyczaję

do Filipa w sukience

Filip

Moje solo przyjacielu

Kardamon

Już nie na cztery ręce

Myślałem że zostaniesz

Filip

A tu krok do tyłu

Kardamon

Za to znów na jednej grzędzie

jak za starych dobrych

Filip

Podłych

Kardamon

Podle jeszcze będzie

Filip

Podobno twoja matka

W noc kupały latała

Kardamon

Nie to świetlik

którym czuła przez chwilę

noc ich przypisała

lecz szybko się spłoszył

Filip

To wszystko

przez jej świętojańskie oczy

A twój ojciec wciąż odsiaduje w bieli?

Kardamon

Jeszcze triumfuje nad szpitalnym bezsensem

Wiesz tam nawet drzewa obłażą z tynku

Paznokcie o kafelki

wyczekany deser

Wkładani jeden w drugi bo tak oszczędnie

I ten bezlitosny zakaz wysiłku

A ojciec w suficie coraz głębiej

Ja go nie sięgam już u sufitu

Filip

Wyjdzie z tego

Kardamon

Oby

Filip

Modlę się za niego

(patrząc w górę)

Zobacz lada dzień się pyłki posypią

Kardamon

Kiedyś żeśmy zbierali

Ślepe pyłki z drogi

Nim wszyscy przyjdą

By ich nie zdeptali

Filip

To były czasy

Po drabinie do księżyca

Kardamon

Bośmy się nie bali

Pytać

Samych siebie

O to co książka

Tłumaczyła pewniej

Filip

Świata nic nie tłumaczy

Wiedza to szaleniec

Naiwnie pewny

w sens swoich batalii

Lecz nigdy nie wiadomo która gwiazda spadnie

a z gwiazd i ludzi nic nie zostaje

Kardamon

Gdy zgaśnie lampka mojej gwiazdy

To rano by nikt nie zauważył

Filip

W nas będą długo jeszcze świeciły

Twe oczy gdy zasną w twojej twarzy

Kardamon

Moje oczy to tylko szyby

Tym więcej odbijają

Im ciemniej za nimi

A teraz jest ciemno

(rozpraszając zadumę)

Pozbierajmy te pyłki

Bo je ktoś rozdepcze

Bezradne i ślepe

Pozbierasz je ze mną?

Filip

W noc gdy spadną o świcie

Kardamon

W nonsensownym duecie

Fantasta i marzyciel

Filip

Co głupieją z wiekiem

 

 

Scena 8

(Aniela entuzjastycznie nieco kokieteryjno- dziecinnie, Filip sceptycznie nieco zaniepokojony)

ks. Filip

Karmiłaś już swój ogień?

Aniela

Spokojnie nie zgaśnie

ks. Filip

Nie zamknęłaś naczynia kiedyś ucieknie

Aniela

On jest zbyt nieśmiały

ks. Filip

Ostatnio świeci jaśniej

Aniela(z rozbrajającym  uśmiechem)

Wygląda coraz piękniej

ks. Filip

Ja widziałem jak skacze

Aniela

Chce się bawić jest mały

Pamiętasz jak w zimę

Wypuściłam go na dłonie

Już był wtedy oswojony

Poskakał tylko chwilę

sam wrócił do naczynia

ks. Filip (z udawanym wyrzutem)

Przysmażył mi sutannę

Aniela (z udawaną naiwnością jakby nie usłyszała)

Roztapiał szron na szybach

ks. Filip(naturalnie)

Może go weźmiesz dzisiaj na spacer

Aniela

A pójdziesz z nami czarnosukny?

ks. Filip

A pójdę piegonosa

(po chwili w charakterze żartobliwego przekomarzania się)

Nie wolałaś chomika

Aniela

Jesteś okrutny

Po prostu go nie lubisz

ks. Filip

Ma zbyt piekielną postać

Bym mógł mu zaufać

Aniela(do ognia w naczyniu)

Mały nie słuchaj

ksiądz jest głupi

(śmieją się)

17:40, aleksnderbaszun
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 czerwca 2009
Przebiśniegi aleksander baszun Scena5

Scena 5

Kardamon

Alicjo ten dom

Niedowcielania

Deski i lustra potrafią utrwalić

Nasłuchuj w odbiciach jak cichy głos zwierzęcia

By ocalić

Co pamięta

zuchwałość dziecka

gdy się wspina na komin

Drabiną sięgającą od dachu do skroni

po łamliwych lękach

 

A bieg szybszy niż samolot

Tym dumniejszy że uzbrojony w patyk

Krew na dłoni

Bolesny zastrzyk

Pocałunek w czoło

Niezawodnie zwycięska walka z drzewem

I zakola obiadów

 

Światło dzienne powracalnie zmienne

Trzy tylko schody wyróżnione południem

I ciepłe uszy kota

Nasłuch

W bezsenne studnie

I cichy grzebień

 

Egipt na pianinie

Ten obraz sprawiedliwy

Zatracił swą winę

Chwilę zbrodni

kultu słońc mydlanych

 

Ciepła ziemia

święta ziemia

Lato spełnione jak rewanż

Lato stemplujące nogi

Lato zstępujące w wieczornych cieniach

przez witraż drzew

Przez koronę roku

przeciągnięty jest bujny sen

i żagle na sznurach

Mokre bose ślady

schodami na górę

i ręczniki nad mityczną rzeką

wywabioną przez muchy z szuwarów

Póki zegar wolniejszy niż krew

Nie ucieka w jesień

Co rozumie już starość

 

Tam gdzieś uroczyste kamienne wieże

I wiele sułtańskie czapy

Turbany

A tu drzewo i chłopiec na sterze

Płynie szumnie przez nieba traw dywany

w dalekoleśną żeglugę

Aż złoży liście by nie porwała ich jesień

A na dole rynna i kochane psie łapy

22:00, aleksnderbaszun
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 maja 2009
Przebiśniegi aleksander baszun AktI sceny 3i4

Scena3

Aniela

Ksiądz w wannie w sutannie?

ksiądz Filip

Nie wyjdę tak przed Boga

Aniela

To nieumiarkowanie i księdza słaba głowa

ks. Filip

Z butelki się lało jak z naszego dachu

a pan Wąski Wąsik udrażniał strumienie

Potem skóra chodnika była taka ciepła

bo ja bardziej niż ona byłem kamieniem

I ty Anielo wyszłaś jasna po mnie

przez rozejm gwiazd- mój nuncjusz burzy

Przyniosłaś mi kwiat współczujące dłonie

by upaćkać go resztkami mnie w kałuży

Aniela

Wiem jak Wąsik potrafi księdza sponiewierać

Zawsze wychodzę księdzu na przeciw

ks. Filip

Będziesz Anielo wymarzoną żoną

i cudowną matką dla swoich dzieci

Aniela

Ja jestem wiatrem

co szumi w wielu drzewach

Jak wybiorę jedno to po prostu zgasnę

w bezdechu tak wielkiego jak nudnego nieba

w którym życie osiada w Dobre i Jasne

ks. Filip

Ty jesteś wiatrem?

Nie ty kochasz pracę

w świątyni wieczornej twojego ogrodu

Ofiarowujesz ziemi słońca nagich kolan

ocierając z oczu pot i piasek

aż twój cień za płotem dosięgnie grobów

Aniela

Wieczorem ogród inaczej pachnie

Ślepy całkiem na pół go rozkrecił

Może jestem ziemią ale w głębi też wiatrem

A propos balon szybuje nad płotem 

ks. Filip

Ja nad dachem parafii widuję latawce

lecz smutniejsze niż dawniej

bo same bez dzieci

i dzieci też ostatnio chodzą samotnie

 

Scena 4

Romeo

Mam konferansjerkę na przeglądzie bajek

Kardamon

Romeo druhu ty szalona głowo

wiedziałem że umiesz wywalczyć swe solo

Romeo

Za mało jest we mnie

za dużo udaję

Kardamon

Ty "izraelita w którym nie ma fałszu"?

Romeo

Nie jestem żydem

(po chwili)

Chciałbym być tobą

może bym wtedy tyle nie napsuł

Kardamon

Z twoim pochodzeniem byłbym chasydem

i nosił pejsy chmurne jak profetim

chciałbym być semitą

i paść prastary smutek

Romeo

I chodzić do kobiety

z obranym fiutem 

 

 

 

 

 

10:09, aleksnderbaszun
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 maja 2009
Przebiśniegi aleksander baszun Akt1 scena1i2

Scena 1

Kardamon

Wiedziałem że cię spotkam

wieczór pachniał Tobą

Tafla nocy faluje tak spokojną wodą

że gdy spojrzysz w górę...

Alicja(patrząc w górę)

Widzę ciebie na schodach

i mnie z zadartą głową

Scena2

Stary Andrzej(przy biurku)

Tusz rozlewa się na papier

gdy odwracasz swoje myśli

(podnosząc wzrok na żonę)

Czas z kredensu wyjąć tacę

ugościmy swe demony

Stara Pandora(wyciągając wino i kieliszki z kredensu)

Zdrowie tych które nie przyszły

Stary Andrzej

Niech im wino mąci trasę

Stara Pandora(podnosząc kielich z winem)

Niech im wino plącze domy

(siada do fortepianu gra fałszywe akordy)

Grzybku palce mam jak łuski

Mogę tylko się rozczesać

człowiek starością sam się obraża

dla tego wszystkiego powinien zaniechać 

Stary Andrzej(gładząc ręką po fortepianie)

Stary jest jak zabór pruski

Dorciu rusałko oddaj go młodym 

Stara Pandora

Rozsiejcie też wszystkie moje ubrania

a mnie Marzannę do zimnej wody

Stary Andrzej(gładząc Pandorę po głowie)

Dorciu czas powoli na nas

Stara Pandora(patrząc na zepsuty zegar)

Grzybku gdy jeszcze nie byłam stara

Myślałam że czas płynie tak złudnie

i zatacza wciąż to samo południe

jawną pętlą wskazówek zegara

Aż on stanął a ja płynę dalej

(po chwili patrząc na pozytywkę)

Jak baletnica na lusterku

co nigdy nie wyszła na wielką salę

Naiwna dziewczynka aż do śmierci

aż zamkną mnie już na zawsze w pudełku

i nikt sprężyny nie nakręci 

 

 

 

 

00:17, aleksnderbaszun
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 maja 2009
Na dobry początek...

    

            Ćma

          

 

ćma żyje krócej niż dotyk

lecz każda ma swego anioła stróża

bo zdąża kochać drgać i trzepotać

nim spłonie w ogniu

koronie wgórza

 

tylko ona w mojej głowie

 

 

 
23:31, aleksnderbaszun
Link Dodaj komentarz »
Dodatki na bloga